po prostu zapomniała
się obudzić
jej sny rozpanoszyły się
po codzienności
ważne nieważne
kolorowe
ulotne

zbudź się
wołała przerażona
rzeczywistość
nie sposób wytrzymać
wśród twoich urojeń
tych motyli
kokardek
róż i pudełeczek

no więc
zbudziła się
przecież sami chcieliście
powiedziała zdziwiona
patrząc w plecy
odchodzących
ludzi

- Zabierz mnie ze sobą! - wołała Mała Lunatyczki biegnąc za Kobietą ze Snu.
Ale Kobieta ze Snu właśnie wychodziła ze snu Małej Lunatyczki, pieczołowicie zamykając za sobą drzwi z grubego, pancernego szkła. Nosek Małej Lunatyczki rozpłaszczył się o chłodną szybę. Kobieta ze Snu spojrzała na nią niechętnie i spytała:
- Po co?
- Bo… Bo jest mi źle… Czas biegnie zbyt wolno, ale lata mijają zbyt szybko. Dawno powinnam być dorosła, ale mi nie wychodzi. Wszyscy moi bliscy już pomarli, a ja trwam tu, w dziecinnych lakierkach, w sukience z kokardą… To nie w porządku!
- A czy w moim świecie będzie ci lepiej? Nie wiesz o nim nic - to ja cię odwiedzam, nie ty mnie.
Kobieta ze Snu zamyśliła się, po czym uchyliła lekko drzwi i przykucnęła, by jej twarz była na wysokości twarzy Małej Lunatyczki.
- A wiesz, - powiedziała tonem spiskowca, - może to nawet niezły sposób. Może byś mnie odwiedziła? Przyszła do mnie we śnie?
- Ale czy będę umiała? I te drzwi, takie wielkie i ciężkie, same się zatrzaskują…
Kobieta ze Snu zdjęła z szyi korale, a potem zsunęła jedno czerwone ziarenko na dłoń.
- Zobacz, włożę je we framugę, żeby została maleńka szpara. Gdy tylko będziesz chciała, będziesz mogła uchylić drzwi i wejść do mojego snu…
- Ale…
- Co znowu? - Kobieta ze Snu podniosła się i otrzepała spódnicę.
- Marudzisz, moja mała - powiedziała zniecierpliwiona, wkładając ziarenko w szparę między Światem ze Snu i Światem Małej Lunatyczki.
Mała Lunatyczka znów przytknęła nos do szklanych drzwi.
- Zabierz mnie ze sobą, - zawołała nieśmiało. Ale Kobieta ze Snu odeszła. Małe czerwone ziarenko tkwiło jednak między światami, niczym niewielka nadzieja dla Małej Lunatyczki.
- Dawno już powinnam dorosnąć… - powiedziała Mała Lunatyczka. Spojrzała na ziarenko i wzruszyła ramionami.
- Może kiedyś…

Scena przedstawia ciemny pokój. Na jedynej lekko oświetlonej ścianie namalowana jest postać kobiety; w każdą część ciała wbity jest duży gwóźdź. Na prawo, w cieniu, stoi wielka drewniana skrzynia. Wchodzi wujek Kazio.
-
Widzisz sama, dziecinko… Nie łatwo sie w tym połapać, a jeszcze trudniej pozbierać to wszystko do kupy. Pół wieku to sporo…
Wujek Kazio podchodzi do skrzyni i pochyla się nad nią, grzebiąc w niej hałaśliwie, po czym prostuje się i zaczyna wyciągać rzeczy. które wyglądają jak kawałki wielkiej lalki lub manekina.
- Sama pomyśl, twoja matka. Taka ładna, wesoła… Młoda była, kiedy się poznaliśmy, przed wojną. W tacie zakochana. A jednak z wychowaniem dzieci jej nie wyszło…
- Widzisz, kochana… - wujek Kazio podchodzi do ściany i zawiesza jedną z części na losowym gwoździu. Jest to noga. Wisi w miejscu ręki.
- Tak, moja mała. Nie jest łatwo wychować trójkę dzieci. Zwłaszcza jeśli samemu się jest jak rozpieszczone dziecko.
Podchodzi do skrzyni, wyciąga rękę i wraca do ściany, zdejmuje nogę i wiesza rękę. Nogę rzuca w kąt pokoju. Upada z głośnym stuknięciem.
- Wychowanie dzieci jest trudne, żmudne… A twoja mama chciała przejść życie w sukni balowej. Piękna była, pamiętam raz w Krynicy wybrano ją królową balu. A kiedyś w Zakopanem… Ech, siła by gadać…
Wujek Kazio podchodzi do skrzyni i wyciąga dwie głowy. Ustawia je na pokrywie skrzyni i przygląda się chwilę z oddalenia, po czym bierze jedną, a drugą wrzuca do skrzyni. Podchodzi do ściany i przymierza głowę w różnych miejscach, wreszcie zawiesza ją pod pachą ręki, odchodzi, przygląda się chwilę i niezadowolony wzrusza ramionami i przysiada na skrzyni.
- Wychowanie dzieci nie jest łatwe. Nigdy nie wiesz, co z nich wyrośnie. Twój najstarszy brat, na przykład. Dobry chłopak, a zmarnował się w tych wszystkich internatach, gdzie go mama wysyłała, bo wstydziła się, że ma takiego dużego syna… Rozpił, do więzienia trafił, zmarnował, umarł… A drugi - cukrzyca. A ty, no cóż, może sie najlepiej udałaś. A ona nawet nie chciała, byś sie urodziła. Czego nie robiła, po drzewach chodziła, skakała z gałęzi. Ale ty się życia uczepiłaś… Nie dałaś. Tak, nie łatwo to wszystko zebrać do kupy. Pięćdzisiąt lat to kawał czasu…
Podchodzi do skrzyni, pochyla nad nią i zaczyna hałasować częściami ciała, wyrzucając na podłogę dłoń, drugą nogę, klatkę piersiową.

Światło przygasa na całej scenie, a wtedy w kącie, gdzie upadła noga, widać Didi w czerwonym kapeluszu. Pochyla się, podnosi nogę i przytula do niej. Światło gaśnie.

W ciemnym pokoju, na samym środku podłogi, stoi zapalona świeca. Płomień porusza się to w jedną, to w drugą stronę, jakby w pokoju panował przeciąg.

Cichy głos:

- Pamiętasz Didi?
- Pamiętasz? A może tego w ogóle nie było?
Z mroku wyłania się Didi w czerwonym kapeluszu.
- Nie było? Jak mogło nie być?
- Mogłaś stworzyć te światy. Mogłaś je wymyślić.
- Wymyślić? Znaczy swoje życie wymyślić? I razy na karku? I lodowaty pocałunek śmierci? I kaftan bezpieczeństwa? I strzykawkę o średnicy większej niż aorta? Wymyślić?
- Ludzie różne rzeczy wymyślają, a potem w to wierzą. Załóżmy więc, że wymyśliłaś to wszystko… Cóż nam zostanie, gdy to odrzucimy?
Didi siada na podłodze koło świecy, zdejmuje kapelusz i kładzie go po swojej lewej stronie…
- A więc cóż nam zostaje?, powtarza, po czym gasi świecę palcami.
Zostaje sam dym, snujący się cienką strużką w stronę niewidocznego sufitu…

Powered by ScribeFire.